Podwójne wyzwanie BSNDS Odcinek 8: „RAZEM” (wideo)
1 stycznia 2018

Radość i refleksja

21 marca. s/y Katharsis II Antarktyka, w morzu

20 marca 2018 roku o godzinie 1744 (czasu jachtowego UTC+4) zamknęliśmy pętlę wokół Antarktydy. Przecięliśmy ślad pozostawiony przez Katharsis II 7 stycznia o godzinie 1211 na pozycji 62o00’28.S i 064o53’66.E. Na opłynięcie najzimniejszego kontynentu Ziemi potrzebowaliśmy 72 dni 5 godzin 33 minut i 43 sekundy. Głównym założeniem wyprawy było wykonanie okrążenia Antarktydy płynąc cały czas po jej wodach, czyli na południe od 60. równoleżnika. My zrobiliśmy nawet ciaśniejszą pętlę, płynąc na południe od 62. równoleżnika. Przepłynęliśmy 10180 mil morskich!

Moment przecięcia pętli był bardzo emocjonujący. Od rana odliczaliśmy mile i wyczekiwaliśmy nadejścia tej chwili. Takim wydarzeniom zawsze towarzyszy dużo radości i emocji. Przeżywałam razem z załogą to, iż osiągnęliśmy nasz cel – opłynęliśmy Antarktydę po jej wodach.

Ale był to także dla mnie czas refleksji i wspomnień. Na chwilę powróciły myśli o chorobie, którą mam za sobą. Przemknęła też myśl, że mogłoby nie być tej Antarktydy dla mnie i może w ogóle nawet mnie, gdyby nie badania przed wyprawą i wcześnie zdiagnozowany nowotwór. Ale to już za mną i kolejne wielkie marzenie spełnione!!!

Chociaż początki nie były łatwe i momentami brakowało mi sił, to z każdym tygodniem czułam się silniejsza. Przed wyprawą obawiałam się, czy sprostam trudom tak wymagającego rejsu, czy będę w stanie wykonywać wszystkie obowiązki i być pełnowartościowym członkiem załogi. Dałam radę. Pomimo, że ta wyprawa jest niezwykle wyczerpująca, to tak naprawdę czuję, że jestem wzmocniona – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Uczta z okazji zamknięcia pętli ograniczała się do możliwości naszych zapasów. Już od dawna nasze warzywne smakołyki to jedynie cebula, czosnek i ostatnie ziemniaki. Na szczęście w zamrażalniku jest jeszcze trochę marchewki mrożonej. Jajka to już wspomnienie (nie licząc kilku zamrożonych z myślą o Wielkanocy). Na uroczystą kolację przygotowaliśmy kapitańskie danie, czyli tatar wołowy. Żółtka zastąpiliśmy majonezem i okazał się to rewelacyjny pomysł. Poza tym były zimne nóżki przyrządzone z indyka pasteryzowanego przez nas w Kapsztadzie. Idealne zastosowanie dla naszych obiadowych słoików. Była także tradycyjna sałatka jarzynowa, tylko zmodyfikowana ze względu na braki w składnikach, czyli bez jajek i jabłek. Ale po 87 dniach w morzu i kilkunastu bez warzyw i tak robiła furorę. Deser był pomysłowy i wyśmienity – sernik na zimno zrobiony ze śniadaniowych serków śmietankowych bez użycia jajek. Potrzeba jest jednak matką wynalazków.

Przed nami ostatni etap wyprawy – dotarcie do portu w Hobart. Musimy w dalszym ciągu zachowywać ostrożność i pełne skupienie, bo przed nami wciąż spory kawałek oceanu do pokonania w niełatwych warunkach.

To wspaniałe uczucie, gdy siły wracają i wszystko znowu wydaje się możliwe. Cieszę się, że patrząc na mapę i widząc przed sobą te 3000 tysiące mil do Hobart nie obawiam się już, że mój organizm mnie zawiedzie, że choroba będzie mi przeszkadzać w osiągnięciu celu.

I gdzieś ciągle przebiega ta myśl, że tak dobrze, że w porę się zbadałam i miałam czas, by wygrać z chorobą!

– Hania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *