Podwójne wyzwanie s/y Katharsis II Odcinek 1: DIAGNOZA (wideo)
12 grudnia 2016

Pasażer na gapę

We wtorek 8 listopada na tydzień przed planowanym wylotem do Kapsztadu dowiedziałam się, że mam raka. Byłam zupełnie wybita z mojego rytmu, z mojego planu, z mojego dotychczasowego życia.

Ale na szczęście tylko na chwilę.

 

Nasz rejs w dwuosobowym składzie z Seszeli do Republiki Południowej Afryki zakończyliśmy 20 października 2016 roku. Po 17 dniach żeglugi bez zawijania do portów, przepłynięciu 3100 mil morskich i pokonaniu 3 sztormów (wiatry powyżej 8 w skali B) wpłynęliśmy do zalanego słońcem Kapsztadu. W nocy z 19 na 20 października minęliśmy Przylądek Igielny – najdalej na południe wysunięty skrawek Afryki. Wielu z nas wydaje się, że tym południowym krańcem Afryki jest malowniczy Przylądek Dobrej Nadziei. Jednak, gdy przyjrzymy się dobrze mapie, to nie możemy mieć wątpliwości, któremu miejscu należy się ten tytuł. Mijaliśmy to miejsce w nocy, więc o jego urokach nic powiedzieć nie mogę, za to Przylądek Dobrej Nadziei pojechaliśmy zwiedzić z Mariuszem od strony lądu i tu już mam swoje zdanie. Rzeczywiście jest to przepiękne miejsce, ze świetnie przygotowanym dla turystów punktem widokowym, gdzie znajduje się latarnia morska (Cape Point). Jednak nie sam cel jest najpiękniejszy, a już droga prowadząca na Przylądek – Chapmans Peak Drive olśniewa widokami. Kilka dni spędzonych w Kapsztadzie pozwoliło mi polubić to miejsce – jego ciepłe wiosenne popołudnia, zapierające oddech widoki, przestronne i czyste ulice oraz wspaniałą kuchnię z lamką lokalnego wina.

 

Mariusz wybrał Kapsztad jako bazę przygotowań do kolejnej wielkiej wyprawy. Wyzwaniem, które teraz stawia przed sobą, Katharsis II i załogą nasz kapitan jest – opłynięcie Antarktydy po jej wodach. Mariusz od kilku lat planował ten rejs i zdecydował, iż przyszedł czas, by obrać kurs na południe i trzymając się jak najbliżej białego kontynentu opłynąć go dookoła zaciskając jak najciaśniejszą pętlę.

 

Katharsis II została w Kapsztadzie pod opieką Tomka, gdzie ruszyły ostre przygotowania do wyprawy. Jeszcze przed wyjazdem udało nam się przekazać wszystkie żagle do przeglądu, oddać ster strumieniowy do serwisu, a później prace ruszyły dalej: przegląd hydrauliki z wymianą wszystkich węży, wyjęcie masztu i konserwacja takielunku oraz wiele drobniejszych, ale równie ważnych prac.

 

W tym czasie zamierzaliśmy polecieć z Mariuszem do kraju na zaledwie dwa i pół tygodnia. Mieliśmy spędzić w Polsce czas od 28 października do 15 listopada, następnie wrócić do Kapsztadu, by zintensyfikować przygotowania do wyprawy, a na okolice Mikołajek planowany był start rejsu. Chcieliśmy pozałatwiać w Polsce formalności związane z uzyskaniem pozwolenia na popłynięcie na Antarktydę, spędzić choć chwilę z najbliższymi i uzupełnić łódkową apteczkę. Także, co ważne przed taką wyprawą – postanowiliśmy zrobić okresowe badania. Ostatni raz szczegółowy przegląd stanu zdrowia robiliśmy przed wyprawą na Antarktydę w listopadzie 2014 roku. Kalendarz przypominał, że trzeba się tym zająć, ale czasu było tak niewiele. Wszystko wskazywało, że będzie trzeba zdrowotne historie przełożyć na wiosnę. Z jednej strony nie lubię przekładać tak ważnych spraw na później, ale nie wierzyłam, że podczas tego krótkiego pobytu uda mi się zrobić badania. Jednak los zdecydował, że miałam zrobić je teraz i niczego nie odkładać. Jeszcze tego samego dnia po przylocie miałam umówioną wizytę u lekarza. Na szczęście samolot nie miał opóźnienia i zdążyłam.

Poza skierowaniem na badanie krwi dostałam też skierowanie na USG piersi.  Zazwyczaj na wizytę trzeba czekać ponad tydzień. Zapytałam o lekarza, który badał mnie dwa lata temu i akurat wypadła mu pacjentka. Zwolnił się termin na następny dzień. Od razu się zapisałam.

Na badaniu niestety wyszła niepokojąca zmiana – guz około 2 centymetrów. Lekarz zalecił kolejne badanie – biopsję, by sprawdzić rodzaj zmiany. Moja lekarka od razu wypisała mi skierowanie, no i czekało mnie umawianie kolejnej wizyty do specjalisty. Tutaj terminy były bardziej odległe – dopiero na grudzień. Jednak nie dawałam za wygraną – wydzwaniałam i prosiłam o przyspieszony termin. Mówiłam, że planuję wyprawę na kilka miesięcy na drugi koniec świata i bardzo chciałabym zrobić to badanie przed wyjazdem. I tym razem udało mi się znaleźć lekarza, który wcisnął mnie w swój i tak pełny harmonogram. Po badaniach nie spodziewałam się żadnych złych wieści. Byłam pewna, że to coś niegroźnego, więc niczym się nie przejmowałam. Na trzy dni przed planowanym terminem wyników zadzwoniono do mnie, że lekarz chce się ze mną widzieć, gdyż wyniki są nieprawidłowe. Dreszcze przebiegły mi po plecach.

 

We wtorek 8 listopada na tydzień przed planowanym wylotem do Kapsztadu dowiedziałam się, że mam raka. Byłam zupełnie wybita z mojego rytmu, z mojego planu, z mojego dotychczasowego życia. Ale na szczęście tylko na chwilę.

 

Spojrzeliśmy na siebie z Mariuszem i powiedzieliśmy sobie, że to kolejna rzecz, którą trzeba będzie po prostu w życiu pokonać i przetrwać. … Nie było czasu się nad sobą rozczulać. Trzeba było działać. Był to dla nas zupełnie nowy temat! Niełatwy, ale postanowiliśmy razem się z tym zmierzyć. Jeszcze tego samego dnia udało nam się dostać na wizytę do onkologa. Pan doktor okazał się przemiłym człowiekiem, z ludzkim podejściem do pacjenta. Ja jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z powagi całej tej sytuacji i pytałam, czy jeśli o dwa-trzy tygodnie przełożymy naszą wyprawę, to czy zdążę dojść do siebie i będę mogła płynąć. Lekarz nie zezłościł się na mnie, ani nie zirytował moim pytaniem, tylko z miłym uśmiechem powiedział, że Antarktyda w rok się nie rozpuści, no bo z Arktyką mogłoby być gorzej. Ale Antarktyda z pewnością poczeka na mnie rok. Nie orzekł też od razu, że na pewno nie popłynę w tym roku . Powiedział jakie kolejne badania mnie czekają i od nich zależy dalsze postępowanie. Ktoś mógłby powiedzieć, że jak można się pytać o wyprawę, jak tu trzeba się leczyć i jak w ogóle można zadawać takie pytania. Dla mnie jednak w tym momencie rejs był niezwykle ważny i nie chciałam z niego rezygnować. Myślę, że lekarz widział moją determinację i zrozumiał, że to jest coś wyjątkowego dla mnie. Choroba jest tylko przeszkodą, którą muszę pokonać, by osiągnąć cel.
Ten paskudny nowotwór chciał się przyczaić we mnie i zabrać na gapę na rejs na Antarktydę. Nic z tego – nie będziemy mu fundować tak ekscytującej wycieczki. Zamierzam go wysadzić jak najszybciej.

 

Torba z ciepłymi ubraniami przygotowanymi na wyprawę na Antarktydę powędrowała na strych, gdzie musi poczekać kilka miesięcy. Przede mną stoi mała walizka z rzeczami niezbędnymi na kilkudniowy pobyt w szpitalu. Jutro czeka mnie operacja wycięcia guza piersi. Mam dużo szczęścia, że nowotwór został zdiagnozowany we wczesnym stadium. Dzięki temu mam szansę na całkowite wyleczenie. Przede mną, poza operacją, jeszcze kilka miesięcy walki. Mam nadzieję, że będę miała siłę, żeby sprostać wyzwaniu, jakie przede mną stoi. Góry lodowe i sztormy, z którym mieliśmy się z Mariuszem zmierzyć wydają się teraz jakby małą zawieruchą, w porównaniu z huraganem który czeka nas na lądzie. Zamierzam pozbyć się tego paskuda i zbierać siły, by w grudniu przyszłego roku móc dołączyć do załogi Katharsis II i popłynąć dookoła Antarktydy.

Hanna Leniec | 2016/12/05
Źródło: https://katharsis2.com/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *